Przejdź do głównej zawartości

Notatnik Śmierci - recenzja filmu od Netflixa

Death Note, manga autorstwa Tsugumi Ōby, ilustrowana przez Takeshiego Obatę stała się kanwą kilku gorzej lub lepiej skonstruowanych produkcji filmowych, w tym doskonałego japońskiego anime: Notatnika Śmierci w reżyserii Tetsuro Arakiego, składającego  się z 37 odcinków oraz dwuczęściowego filmu kinowego: Death Note: Notatnik śmierci i Death Note: Ostatnie ImięW tym roku na Netflixie zagościł kolejny projekt, którego fabuła, choć w niewielkim stopniu, ale jednak, oparta jest o wyżej wspomniane dzieło.
 
Notatnik Śmierci w reżyserii Adama Wingarda, to film, który z pewnością nie pochwalą Ci, którzy oczekują tyleż samo emocji, ile doznali oglądając rewelacyjny serial animowany. Jeśli włączając Notatnik Śmierci  na platformie strumieniowej, jaką jest Netflix, spodziewaliście się szybkiego tempa, tajemniczości, dreszczyku emocji, czy spektakularnych zwrotów akcji, to muszę sprowadzić Was na ziemię. Niestety nic takiego film ów nie jest nam w stanie zaoferować. Lecz jeśli nie wiemy nic na temat komiksu, a anime jest nam zupełnie obce, to film, choć nieco infantylny, może się spodobać. Ciężko mi jest, znając serial rysunkowy, spojrzeć na ten tytuł z innej perspektywy, z jakiej zdecydowanie powinien być oceniany, ale postaram się to zrobić w mojej recenzji. Żeby się to udało, najpierw należy skupić się na fabule.


Akcja Notatnika Śmierci toczy się w Stanach Zjednoczonych, w mieście Seattle. Bohaterem filmu jest nastolatek, bardzo zdolny licealista, syn miejscowego policjanta, chłopak, który niegdyś w tragicznych okolicznościach stracił matkę, a z ojcem ma raczej mało bliskie kontakty. Ten spokojny, uzdolniony młody człowiek, dorabiający sobie na boku pisaniem prac i odrabianiem cudzych zadań domowych, zupełnie przypadkiem zostaje posiadaczem pewnej książki, która spada  na niego, prosto z nieba. Tomisko, okazuje się być oprawionym w skórę notatnikiem, w którym kolejne strony zapisane są ludzkimi nazwiskami. Wkrótce okazuje się, że Light Turner (Nat Wolff) został  posiadaczem Notatnika Śmierci, należącego do boga śmierci, Ryuka (Willem Dafoe). Staje się więc panem życia i śmierci, mogącym decydować kto i jak w danej chwili umrze. Zadanie jest proste, należy tylko wpisać na kartę dziennika imię i nazwisko ofiary, wyobrazić sobie jego twarz i ustalić sposób zakończenia  życia potencjalnej ofiary. Wtedy to nawet ten najbardziej absurdalny i brutalny, a zarazem rychły zgon nieszczęśnika, stanie się faktem. Niezwykłe możliwości, które niesie za sobą notatnik, pozwalają  chłopcu zająć się oczyszczaniem świata z wszelakich przestępców, działając jako niejaki Kira. W sprzątaniu globu z niegodnych życia bandytów pomaga mu jego dziewczyna, Mia Sutton (Margaret Qualley), ale i sam właściciel dziennika, bóg śmierci Ryuk (Willem Dafoe). Wszystko przebiega w miarę płynnie, ale jedynie  do czasu, gdy w sprawę przechwycenia nieuchwytnego, tajemniczego i traktowanego jako boga Kiry, wkracza Agent Young (Matthew Kevin Anderson).

Obejrzawszy film zastanawiałam się do jakiej kategorii tak właściwie mam go przypisać, jaki gatunek filmowy reprezentuje i co jest jego największą wadą, a co zaletą. Pozwolicie, że zacznę od końca i skupię się na pozytywach tej produkcji.
 
Największą, (według mnie oczywiście) zaletą tego tytułu  jest mieszanka gatunkowa. Notatnik Śmierci to miks filmu akcji, horroru i czarnej komedii. Reżyserowi Adamowi Wingardowi udało się przenieść na ekran ciężką atmosferę, który wylewa się strumieniami z kart komiksu i anime, jednocześnie prezentując widzom przeróżne formy śmierci, wplatając we wszystko wątek romansu i elementy horroru, ale i dawkę humoru.
 
Wiarygodności filmowi, który jak już nadmieniłam, będącemu swoistą mieszanką gatunkową, nadają aktorzy, szczególnie  Nat Wolff jako Light Turner, który będąc nieco wycofanym, w sumie zwykłym nastolatkiem nagle staje się panem życia. Z przyjemnością śledzimy zmiany, które w skutek nabytych mocy dokonują się w chłopaku. Na szczególne uznanie zasługuje także Willem Dafoe, który głosowo wcielił się w postać Ryuka, przekornego, czasami brutalnego i pozbawionego skrupułów, boga o przerażającym wyglądzie i wrednym charakterze. Jest jeszcze wiarygodna w swojej roli, Mia Sutton, w którą wcieliła się Margaret Qualley i kilka mniej lub bardziej ważnych postaci. Jeśli spojrzymy na nie oczami osoby, która nie porównuje je do pierwowzorów, to mogą się podobać, ale jeśli mamy w pamięci osoby znane nam z anime, to słowo niedosyt będzie bardzo łagodnym określeniem dużego problemu tej produkcji. I nie jest to jedyna i największa wada tego netlifxowego dzieła.

Zapytacie zatem, co nią jest? Otóż po obejrzeniu filmu odpowiedź narzuca się sama. Wadą Notatnika Śmierci jest to, że jest filmem, a nie serialem. Półtorej godziny nie jest w stanie zawrzeć wszystkiego tego, co jest istotą mangi autorstwa Tsugumi Ōby. Niestety wiele wątków należało uciąć , niektóre spłaszczyć, a wiele z nich pozmieniać. Nie ma tu dreszczyku, który wiąże się z misternie utkaną psychologiczną intrygą, inteligencja samego bohatera i tropiącego go agenta nie powala i nie daje do myślenia, a charyzma dziewczyny Lighta nagle się rozmywa.
 
Robiąc podsumowanie, a przynajmniej się do niego przymierzając, zastanawiałam się jak mam ocenić twór od Netlfixa, będąc dalej pod wrażeniem anime. Notatnik Śmierci nie jest filmem wspaniałym, czy nawet bardzo dobrym. To przeciętniak, który idealnie wpisać się może w nadchodzącą wielkimi krokami jesień, w której przydługie, czasami deszczowe wieczory aż proszą się o film, nad którym nie trzeba za wiele myśleć, który przesadnie nie strasząc, pozwoli nam przeżyć nieco ponad godzinę filmowego zadowolenia, bez uniesień.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Atypowy, typowy, nietypowy nastolatek – recenzja serialu Netflixa

Atypowy , to serial do którego obejrzenia podchodziłam jak przysłowiowy pies do jeża, z dużą rezerwą i bardzo niechętnie. Po zapoznaniu się z pierwszym sezonem (mam nadzieję, że drugi też będzie), szczerze się sobie dziwię, że miałam jakiekolwiek obawy, bo  to połączenie komedii, produkcji obyczajowej i dramatu,  to świetny przykład, że nie należy oceniać książki po okładce, a serialu po tytule. Jeśli jeszcze nie widzieliście, a jesteście posiadaczami Netflixa, a nie obejrzeliście jeszcze tego projektu, to naprawcie swój błąd. Gwarantuje Wam, ze osiem odcinków wchłoniecie jednym tchem, bo jest powiewem świeżości na przeładowanym rynku durnych i nikomu nie potrzebnych komedii. Atypowy  to nie tylko nietypowy serial, ale także „atypowy” bohater. Jest nim  wchodzący w dorosłość, osiemnastoletni Sam , który zmaga się z autyzmem. Chłopak żyjący w na pozór normalnej, amerykańskiej rodzinie, która jak się z czasem dowiadujemy ma swoje ukryte problemy, a który postan...

Zanim Odejdę - recenzja filmu

Bytowanie każdej istoty na ziemi kończy się zawsze tak samo, śmiercią. Zwykle nie znamy dnia ani godziny, najczęściej myśl o nieuchronnym oddalamy od siebie jak najdalej, traktując śmierć jak temat tabu. Zastanawialiście się co by było gdybyście wiedzieli, że wasze egzystowanie na tym padole łez właśnie się kończy i zaczynacie ostatni dzień życia. Co byście zrobili, jak się zachowali, jak wyglądałby Wasze ostatnie chwile?  Takie pytanie próbuje zadać dramat filmowy Zanim Odejdę (Before I Fall).   Film, dla którego  pierwowzorem jest książka  Lauren Oliver ,  przybliża nam postać nastolatki, licealistki imieniem Samatha, zwanej Sam, która wiedzie typowe życie wchodzącej w dorosłość osóbki. Buntuje się przeciwko matce, kłóci z siostrą, plotkuje z najlepszymi kumpelami, spotyka z chłopakiem i imprezuje. Po jednej z takich imprez, wracając z przyjaciółkami do domu ich samochód wpada w poślizg, dachuje a bohaterka traci przytomność. Gdy ją odzyskuje, okazuje się...

Aż do kości - recenzja filmu

Anoreksja, stan chorobowy obrazujący się zaburzeniami jedzenia, zwany inaczej jadłowstrętem. Choroba powszechnie nazywana problemem cywilizacyjnym, narzucającym szczególnie młodym ludziom rygorystyczne normy dotyczące wyglądu i zachowań, wcale nie jest niczym nowym. Po raz pierwszy nazwał ją i udokumentował angielski lekarz,  Richard Morton , a było to w XVII wieku. Wymogi cywilizacyjne i konsumpcyjny tryb życia pozwoliły rozwinąć się jej, na tyle, że w obecnych czasach anoreksja jest już sporym problemem. Co tu dużo mówić, współcześni ludzie mają być przebojowi, wygadani, zaradni, a przede wszystkim.....szczupli. Z góry zakłada się, że człowieka, którego tu, czy ówdzie jest zbyt dużo, nikt nie doceni, a tym bardziej nie polubi. Kolorowa prasa zarzuca nastolatki i osoby wchodzące w dorosłość, uśmiechniętymi  kobietami w rozmiarze 34, gloryfikując niską wagę ciała. Chcąc dorównać i sprostać kanonom obecnego   "piękna"  dziewczęta i młode kobiety przestają jeść , odda...